Jebło to jebło – i co dalej?

Czyli o dochodzeniu do siebie po poważnych urazach.

Złamanie, zerwanie, naderwanie, pęknięcie! Ile razy na co dzień myślicie o urazach? Ile razy myślicie o nich w trakcie jazdy na rowerze? Oczywiście lepiej o nich nie myśleć, bo to je lubi przyciągać podobnie jak „ostatni zjazd” czy „ostatni skok”. Poza tym należy się skupiać na płynnym przejechaniu danej przeszkody a nie na zastanawianiu się co jeśli się nie uda.

A jednak czasem się nie udaje…

Mi się nie udało w zeszłym roku, kiedy po skoku z dosyć sporego dropa (większego niż 2 czy 5 metrów) przerzutka zawinęła mi się na lądowaniu i wkręciła w koło. Poleciałem jak z katapulty i pech chciał, że wprawdzie nic nie złamałem, ale zerwałem sobie całkiem mięsień piersiowy. Jak usłyszałem diagnozę, to czułem się co najmniej jak Leo Dicaprio bez Oskara a chyba bardziej jak Armstrong z odebranymi medalami. Generalnie brzydko mówiąc obsrany. Co dalej? Poważna operacja, miesiące absencji od ruchu, ćwiczeń i roweru, od których jestem uzależniony. Szczerze mówiąc ryczeć mi się chciało.

podobnie się czuł Królik rozwalając bark i nadgarstek pod koniec wyjazdu do Malagi.

Próbował mnie pocieszać jeden z najlepszych fizjoterapeutów, z jakim przyszło mi pracować – Rafał Rogowski. Mówił „Krzychu to szybko minie, a potem zrobimy tak, żebyś był w lepszej formie niż przed dzwonem”. Wtedy brzmiało to dla mnie jak mówienie skazańcowi, że nawet nie poczuje kuli w łeb.

No ale do rzeczy.

Najważniejszą sprawą jest LEKARZ. Zorientowany na postawienie was na nogi i mający świadomość, że uprawiacie sport częściej niż w trakcie spaceru do sklepu i ćwiczycie bajceps częściej niż przy tapirowaniu mudżahedina. Niestety z tym jest duży problem. Mój uraz został zignorowany w publicznym szpitalu przy Weigla. „Nic poważnego panu nie jest, niech pan nosi rękę na temblaku przez cztery tygodnie” usłyszałem od jakiegoś na pozór sympatycznego bulbaska. No więc, gdybym go posłuchał, to obecnie siedziałbym już w więzieniu za morderstwo ze szczególnym okrucieństwem, ponieważ byłbym kaleką i musiałbym się za to zemścić. Mój uraz, jak się potem okazało albo zostałby zoperowany w terminie maksymalnie czterech tygodni albo mógłbym się przestawić na tryb życia po sześćdziesiątce. Jest to skandal, ale zostawmy to na razie. Trafiłem z polecenia do prywatnego szpitala, który reperuje od lat wielu znanych sportowców – co może być pewnym gwarantem sukcesu. W tym miejscu po raz pierwszy rozwiano wszystkie moje wątpliwości i odpowiedziano na nabrzmiałą już listę pytań. Szczerze mówiąc uspokojono mnie. Mimo, że uraz był poważny, to lekarz, który miał mnie operować robił 3-4 takie zabiegi w tygodniu. Powiedział, że nie widzi nawet jednego procenta szans na niepowodzenie. Warto wspomnieć, że wizyty w innych miejscach przyniosły mi całą tonę niepokoju, mówiąc że jest np. 30 procent szans na niepowodzenie operacji. Mało tego, tak naprawdę miałem być unieruchomiony na cztery tygodnie po zabiegu, następnie miałem zacząć intensywną rehabilitację. Lekarz powiedział mi jasno, że cel jest taki żebym jak najszybciej stanął na nogi. Po 4 miesiącach miałem wrócić do pełnej sprawności, po 6 miesiącach miałem nie odczuwać żadnych deficytów i skutków urazu. Tak też się podziało. Pierwsze tygodnie były najgorsze, był ból, unieruchomienie i problemy z podcieraniem tyłka. Czekałem z utęsknieniem do momentu zrzucenia ortezy i rozpoczęcia rehabilitacji. Od razu usłyszałem, że większość jest w mojej głowie i żeby szybko dojść do siebie muszę się zaprzeć i poświęcać czas na ćwiczenia.

Rudy po złamaniu ręki musiał być eskortowany przez czeskie służby szybkiego reagowania bajkparkowego.

Do fizjoterapeuty chodziłem 3 razy w tygodniu, poza tym ćwiczyłem zakres ruchu ręki codziennie, po kilka razy dziennie. Na początku było to ciężkie i bolesne, ale jak tylko widziałem pierwsze efekty to dawało mi większego kopa. Całością sterował oczywiście prowadzący ortopeda, który badając stan gojącego się cycka, określał co mi wolno dalej robić. Po pierwszym etapie rehabilitacji pojawiła się możliwość podnoszenia niewielkich ciężarów – ok 2kg na rękę. Następnie w końcu mogłem usiąść na rower… spinningowy. Nie mogłem się cały czas za mocno opierać na tej ręce, więc normalny rower odpadał, ale dzięki spinningowi zacząłem odbudowywać formę, która jak się domyślacie była na poziomie starca (i nie mówię tu o kategorii masters).

Każdy etap rehabilitacji zaczynał się też badaniami siłowymi w szpitalu, w którym byłem operowany. Dzięki temu mogłem śledzić progres w dochodzeniu do siebie.

Kolejne etapy to ćwiczenia na siłowni, pod okiem fizjoterapeuty i comiesięczne kontrole ortopedy łącznie z usg i badaniami motoryki.

czuły dotyk Rafała Rogowskiego

Schemat leczenia wyglądał dokładnie tak jak obiecał lekarz: 4 tygodnie zupełnego wyłączenia, następnie budowanie ruchliwości kończyny przez ok. miesiąc, po dwóch miesiącach od operacji ćwiczenia, po kolejnym miesiącu ćwiczenia z obciążeniem. Po 4 miesiącach oficjalne leczenie zostało zakończone. Oczywiście w dalszym ciągu ćwiczyłem. Pełną sprawność bez żadnych deficytów odzyskałem po pół roku, a zaangażowanie w ćwiczenia i determinacja zbudowały lepszą formę niż miałem wcześniej.

Każdy uraz jest inny, jednak kluczem będzie odpowiednia diagnoza – nie poprzestawajcie na jednej! Lekarze też się mylą, niestety nie należy im ślepo wierzyć. Nie dajcie się wpakować w gipsy przy złamaniach i tym podobne, nie żyjemy w średniowieczu! Lepiej wydać czasem 200 zł na prywatną wizytę, ale wiedzieć, że ktoś się wami zajął porządnie a nie jak tucznikiem w rzeźni. Kolejna sprawa czasem wiąże się z decyzją operować czy nie – bo to nie zawsze jest oczywiste. Zbierzcie 3-4 opinie lekarzy i decydujcie. Nie rzucajcie monetą i nie dzwońcie do wróża Janusza. Przedostatnią rzeczą jest fizjoterapia. Dobry fizjoterapeuta, który układa program leczenia pod was to skarb! Ostatnia składowa sukcesu to głowa. Nigdy nie wolno się poddawać, jęczeć i mówić, że teraz pójdziecie łkać do kącika w samotności. Wszystko w waszych rękach, mózg w tym metaforycznym kontekście naprawdę uzdrawia (wiem, niektórzy go ponoć nie mają). Jeśli będziecie zdeterminowani to pójdzie szybciej niż myślicie. Zajmijcie zdrowe kończyny innymi czynnościami, które wolno wam robić…przy innych. Macie problem z rękami, ćwiczcie nogi i na odwrót. To też pomaga. Nie możecie jeździć po wertepach to idźcie na spinning albo szosę.

Wencel miał więcej szczęścia, ponieważ od razu po złamaniu kości łódeczkowatej został profesjonalnie zaopatrzony przez kolegów.

Teraz żeby było jasne, za zabieg zapłaciłem 9 500 polskich cebulionów, które udało mi się pokryć z mojego ubezpieczenia, bez którego nie ruszam się nigdzie na rower. Gdybym był zdany na publiczną służbę zdrowia to wszystko mogłoby się nie powieźć. Podobnie by było gdybym uwierzył Panu doktorowi habilitowanemu „idź pan w cholerę z takim urazem, bo jem teraz bułkę” na SORze. Co jest przykrym wnioskiem, ale prawdziwym ku przestrodze.

Krzysztof Pałys