Artyści od brudnej roboty

Sezon konkursów rowerowego enduro w Polsce dobiegł końca. Tylko nieliczni mogą pochwalić się statuetkami i medalami. Są też tacy co wzbogacili się o nowe blizny i kawałki szlachetnych metali w ciele. Pozostałej grupie, która stanowi większość tego podwórka pozostają foty z zawodów do strzelania szybkich pamięciówek. A jak się nazywa Pan czy Pani co robi zdjęcia Kochane dzieci? Taaaaaaak, to fotograf 🙂 W nagrodę za dobrą odpowiedź, możecie zlizać bitą śmietanę z kolana Pana prowadzącego… Podobna nagroda przysługuje owym fotografom za ich “dzieło”.

Rywalizacja, skupienie, słońce i kurz. To zdjęcie świetnie sprzedaje „racing day”.  Fot. Krzysztof Stanik 

Mówi się, że faceci są wzrokowcami, owszem lubimy zawiesić oko tu i tam. Częściej tam. Ale nie tylko faceci kupują oczami. Zdecydowanie łatwiej jest coś sprzedać gdy zatroszczymy się o dobrą prezentację produktu. Minimalnym minimum jest ostre zdjęcie w dobrym oświetleniu. A jeśli ktoś potrafi zapracować światłem i głębią tak żeby wydobyć detal i skupić wzrok odbiorcy na tym co najistotniejsze to nawet tłuczek do mięsa potrafi na chwilę stać się dziełem sztuki. Do tego potrzebny jest oczywiście dobry sprzęt, ale jeszcze ważniejszy jest warsztat (nie samochodowy), zmysł i oko. Pierwsze można kupić za piniążki, pozostałych już nie. 

Po umieszczeniu tej fotografii na Tinderze Peter nie przestaje odbierać telefonów. Już niedługo możemy się spodziewać wysypu przystojnych bombelków. Fot. Krzysztof Stanik

Właśnie takie dzieła sztuki z tłuczków często powstają na naszych lokalnych zawodach. Nie, nie chcę tu nikogo obrażać, sam jestem jak ten wyżej wspomniany tłuczek. Jak na zawody, w których uczestniczą głównie amatorzy, poziom zdjęć jest naprawdę pro. I to bardzo cieszy, bo dzięki temu ten sport staje się bardziej atrakcyjny dla odbiorców. Łatwiej go sprzedać potencjalnym sponsorom, a partnerzy mają później dobry materiał marketingowy – o ile potrafią go wykorzystać. Niestety więcej dżemu na klacie rozsmarowują osoby, które są na tych zdjęciach, niż sami autorzy, którzy skromnie odchodzą w niepamięć. W mojej głowie rodzi się przekonanie, że cały ich trud jest trochę niedoceniony i umniejszany, bo dla większości liczy się tylko to, że są na fotce, a nie całokształt pracy autora. A to właśnie ich zasługa, że te zdjęcia są jakie są a nie nasza. Targają swój ciężki sprzęt za ciężkie pieniądze w ciężki teren tylko po to aby jadący tłuczek do mięsa stał się na chwilę figurą walecznego herosa. Może dobrym pomysłem byłoby zorganizowanie konkursy “Photo of the day” z każdych zawodów i nagrodzenie fotografów, którzy pracują charytatywnie? Albo “best photo” wykonane stanikiem. Tutaj chyba wiem, kto zostałby niekwestionowanym zwycięzcą 😉 Oczywiście nikt nie zmusza ich do chodzenia po lesie i cykania zdjęć, tak jak zawodników nikt nie zmusza do startów. Ba, my nawet za to płacimy! Ale owoce pracy tych charytatywnie działających fotografów pomagają promować te wydarzenia i stanowią nieocenioną oprawę graficzną całości. Myślę też, że nikt nie pyta autorów, czy może wykorzystać ich zdjęcie do czegoś tam później wychodząc z założenia, że przecież go oznaczyli więc jest luzik.

Mój typ do nagrody Photo of the day z zawodów w Srebrnej. Szacuneczek.  Fot. Enduro Lens

Tym zdjęciem można reklamować sporo. Np. Proktolog prywatnie, Szkolenia rowerowe, aktywny wypoczynek na świeżym powietrzu. Fot. Paweł Pupiń

Osobiście jestem w stanie płacić więcej za zawody na rzecz wynagrodzenia dla większej liczby fotografów. A jeśli ja jestem w stanie płacić więcej nie będąc szejkiem Mudżahedinem to sponsorzy też są w stanie płacić więcej. Bo te zdjęcia im się zwrócą, jeśli tylko będą potrafili je wykorzystać z głową. Na co dzień pracuję z obrazem, z tworzeniem obrazu i jego obróbką. Z kolorem, światłem, kadrem i kompozycją. Może dlatego potrafię docenić jakość tych obrazów, które dostajemy od naszych charytatywnie biegających fotokolegów i koleżanek. Nie jaram się tymi zdjęciami tylko dlatego, że na nich jestem (bo jestem na ułamku procenta). Jaram się nimi bo są dobre. 

Pomyślcie jak smutno by było, gdyby na zawodach był tylko jeden fotograf opłacony przez organizatora. I każdy miałby jedno foto z jednego miejsca (np. jak dłubie w nosie pod namiotem w biurze zawodów). Albo jak smutno by było, gdyby nas fotografowali Czesi. Serio, oglądając zdjęcia z MTB Trilogy rwałem kłaki z dupy, krzycząc “How can be?!?!”.

Zdjęcie przedstawia tłuczek za drzewem.  Autor nieznany (może i dobrze…)

Planowość kadru, a tak, coś słyszałem…  Autor nieznany.

Ten moment, gdy odkryjesz głębię ostrości i nie zawahasz się jej użyć.  Autor nieznany.

 Jak widzicie po wyżej zamieszczonych przykładach na kiepskim zdjęciu tłuczek pozostaje tłuczkiem. Albo tucznikiem, jeśli to ciężki tłuczek. Dlatego nie zapominajmy dzięki komu nasze cover image są takie wspaniałe i nie przypisujmy sobie chwały i blasku za to, bo to nie jest zasługa tego, że założyliśmy wyprasowane skarpety pasujące kolorystycznie do jerseya. To zasługa talentu naszych kolegów i koleżanek. 

Płacenie za sesję fotograficzną jest powszechnym zjawiskiem. Czasem z konieczności do dowodu czy paszportu, czasem dla zabawy zamawiamy fotobudkę na imprezę. Czasem robimy dedykowaną sesję do CV, żeby się lepiej sprzedać przyszłemu pracodawcy. Za każdym razem za to płacimy. Tak samo powinno być na zawodach. Myślę, że dobrym pomysłem byłoby opłacanie większej liczby fotografów na tego typu imprezach, dla większości zawodników te zdjęcia są większą nagrodą niż próbka smaru w pakiecie startowym czy kołczan prawilności z logiem producenta koparek. Może gdyby wszyscy “sponsorzy” którzy widnieją na prześcieradle rozwieszonym za podium rozliczali by się pieniężnie zamiast poprzez fanty, których nikt nie chce i nie potrzebuje starczyłoby na wynagrodzenia dla kilku dodatkowych fotografów? 

Paweł Pupiń  (Masko Patol)